Zgodnie z pewnymi normami nie uczęszcza się do filharmonii ubranym byle jak . Musiałem więc wyciągnąć swój garnitur oraz go wyprasować. Uporałem się z wszystkim. Jak zwykle szybciej niż dziewczyny. Doszliśmy do wspólnego wniosku, iż skosztujemy jej po powrocie do domu . Na zewnątrz było okropnie zimno. Samo dotarcie do filharmonii zajęło nam jakieś 40 minut. Wpierw udaliśmy się do holu celem zdobycia biletu na operetkę. Mijając drzwi szklane udaliśmy się na salę. Rozglądając się naokoło zorientowałem się, że nie ma zbyt wielu widzów . Najlepszą widoczność miały osoby, które zarezerwowały loże u góry. Miejsca te jednak do tanich nie należały, więc skorzystaliśmy z miejsca standardowego. Wkrótce światła zgasły, a na scenę weszła jakaś diva operowa. Swoją przygodę z poznawaniem kultury zacząłem więc całkiem przyzwoicie . Przyznam się, że gdyby nie Natalia pewnie bym o tym nie pomyślał. Zaczęło się od „ Carmen”, potem jeszcze coś innego. Wpatrzony byłem w scenę i próbowałem się skupić kontemplując sztukę.

Na sam koniec weszła jakaś inna śpiewaczka operowa zabierając się za „ Madame Butterfly”. Myślę, że spędziliśmy tam dosyć sporo czasu . Oczywiście byłem pod wrażeniem tego co widziałem. Nie da się tego ukryć. Absolutnie. Dorobek sztuki europejskiej doby baroku to coś niesamowitego. Nie każdy jednak zadaje sobie tyle trudu, aby go poznać. Do domu wracać zaczęliśmy dopiero około godziny 22.00. Na miejscu przygotowały pizzę, którą ze smakiem przyjadałem. Naprawdę to co my tu w Polsce pizzą nazywamy daleko się umywa do tego co obie przygotowały. Takiego specjału nie jadłem ani w pizza hut, ani w Międzychodzkiej Veronie, ani nigdzie. Nazajutrz czekał mnie początek tygodnia związany z pójściem do pracy, także naprawdę zależało mi poważnie na tym, by się po prostu wyspać . Swoje zamierzenie zrealizowałem około wpół do pierwszej w nocy.